Madmobile

Madmobile

Kiedy zapada noc, wyczulają się zmysły, odzywa się w nim instynkt drapieżcy. Pochłania przestrzeń z łatwością, jakiej próżno szukać gdzie indziej w drogowej dżungli

Drapieżnik grasuje nocą.

Było gdzieś przed godziną piątą, wiosenny poranek powitał rosą i przenikliwym chłodem. Na drogach pusto, gdzieniegdzie błąkały się pojedyncze samochody i sznurki tirów. Na zachodniej wylotówce z Warszawy zdałem sobie sprawę z tego, że znane od lat drogi pokazują zupełnie nowe oblicze, gdy stają się puste. Możliwość jazdy prawidłowym torem to jednak gros frajdy z prowadzenia samochodu. Można tak płynąć bez końca koncentrując się tylko drodze, niczym więcej.

Gdyby nie Golf Mk3 z badlookiem przyklejony metr za mną nie poczułbym, że jadę czymś niestandardowym. Ponad 30-centymetrowe walce opon wydają się niczym nie wzruszone pewnie tak długo, aż zrobi się mokro. Nawet ultra niski prześwit podwozia nie sprawia problemów, co zaskoczyło mnie już w Lamborghini Gallardo. Jedno jest pewne, standardowe polskie jednopasmówki są za małe dla tego auta – każdy mijany samochód to gra w uda-się-czy-nie-uda.

Nazwanie go wygodnym byłoby nadużyciem, choć wnętrze jest przyjemne i estetyczne. Trudno się z niego wychodzi, dosłownie i w przenośni

Autostradowe 150 km/h na tempomacie potrafi uśpić, na siódmym biegu i trybie Strada silnik zdaje się być na pograniczu zgaśnięcia. Ruch zaczyna gęstnieć, lewym pasem mkną samochody z taką prędkością, jakby chciały uciec przed wschodzącym słońcem. Gdyby nie zjazd z autostrady pewnie nie przekonałbym się, czym jest zawieszenie pushrod, o którym wspominał Miś przy wydaniu. W szybkim ostrym zakręcie można wręcz jechać slalomem, nie czuć jakiegokolwiek przechyłu czy niepewności w zachowaniu auta. Wyjście, redukcja, co najmniej pół kilometra pustej i prostej drogi. Matko, to nie może dziać się naprawdę…

W bardzo niepoważnym nadwoziu upakowano bardzo poważną technologię powodującą, że dynamika i układ jezdny wraczają w obszary dotąd niespotykane w autach z uchwytami na kubki

Kostka brukowa przed Łowiczem jest jak aparat Roentgena, prześwietla zawieszenie pod kątem jakichkolwiek niedoróbek. Tutaj zdaje się, jakby koła z podwoziem łączył blok żelbetonowy, żadnego luzu czy elastycznego łącznika. Karbonowy monokok nie ma tu łatwego życia, nie wspominając o kierowcy. I tak płynnie przechodzimy do sedna auta, które określiłbym jednym słowem – absurd. Było jeszcze za wcześnie, by parking na łowickim Starym Rynku wypełnił się samochodami, mimo to nie byłem w stanie zaparkować go bez pomocy, nie lada zaskoczonego, przechodnia. Kamera i czujniki cofania nic tu nie pomogą, w tym aucie do tyłu nie widać po prostu nic. Dowolne Ferrari przy nim wydaje się jak SUV. Pomijam już obciach przy otwieraniu drzwi do góry.

Ale to nie koniec absurdu. Auto prowadzi się ciężko, trochę kwadratowo, na trasie modlisz się, aby nie musieć z niego wychodzić pamiętając o mordędze, którą przeżyłeś pakując się do środka. Niestety długo nie nacieszysz się jazdą, mnie 90-litrowy bak wystarczył na 250 km. Na co więc komu ten samochód? Odpowiedź nadchodzi na pustej krajowej jedynce. To auto stworzono na proste drogi, aby sycić się, ba zachłysnąć się, prędkością. Furia jej nabierania, dźwięk tej V12-ki rozkręconej po czerwone pole rozsadza mózg i zmysły. Nie interesują mnie proste tylko zakręty. Tak, też kiedyś to mówiłem. W nim spieszysz się kochać proste, bo bardzo szybko odchodzą.

Próżno tu szukać włoskiej elegancji, to absurdalny samochód z równie absurdalną deską rozdzielczą

Podczas postoju na stacji podchodzi do mnie kierowca tankujący obok samochód. Oprócz sakramentalnego pytania o spalanie mówi podekscytowany, że gdy zobaczył mnie w lusterku, o mało nie padł na zawał. Kątem oka spoglądam na stojącą obok mnie żółtą płaszczkę. Z tymi krzywiznami nadwozia jak żywo przypomina pokrytego łuskami smoka, z agresywnym wzrokiem ostrzegającym o nadciągającym niebezpieczeństwie i końcówką wydechu osmaloną od entuzjastycznie wypluwanego ognia. Na drodze pożera wszystko, daje kierowcy poczucie wszechwładzy, trzymania palca na guziku atomowym. I dokładnie tak brzmi. Po zmroku taki widok z zewnątrz musi być czymś niesamowitym.

Wszelkie podobieństwa do potwora nieprzypadkowe

Granice Warszawy przekraczam już wraz z porannym korkiem. Poza wlepionym wzrokiem kierowców znowu wszystko wraca do normy. Chyba jeszcze nie do końca dotarło do mnie to, co właśnie przeżyłem. Taka samotna podróż, relacja sam na sam z samochodem i pustą drogą to mistyczne przeżycie, coś dla czego pasjonat samochodów może sprzedać nerkę. A i tak nie starczy mu na komplet opon do tego auta.

Gdziekolwiek się pojawi, jest w centrum uwagi. Budzi skrajne emocje od zachwytu do pogardy. Jeśli nie jesteś na to gotowy, nie wsiadaj do niego

Lamborghini Aventador to nie maszyna, to swego rodzaju zjawisko, wybryk inżynierii, istny absurd na kołach. Wstrzymuje oddech, przykuwa wzrok i ogłusza. Dzień powszedni zamienia w największe święto w roku, odkrywa w kierowcy drugie oblicze drapieżcy, nawet jeśli na co dzień przemieszcza się bocianem w karabinie*. Oddając kluczyki w klubowym garażu i wsiadając do swojego codziennego tapczanuzrozumiałem raz jeszcze, po co stworzono supersamochody. Abyś wiedział, jak wygodny jest Twój zwykły du**wóz.

Marcin / Klubowicz Supercar Club Poland

* W nomenklaturze handlarzy na giełdzie samochodów w Magdeburgu auto z silnikiem Diesla i z automatyczną skrzynią biegów.