Man vs wild

Man vs wild

Jest w nim coś pierwotnego i dzikiego

Nigdy nie byłem bardziej rozczarowany niż wtedy, gdy dowiedziałem się, że na Wigilię nie przychodzi Dzieciątko. Serio. I choć prezenty dostawałem z czasem lepsze, to satysfakcja nie była już ta sama. Nauczyło mnie to nie wierzyć w zapewnienia, których sam nie zweryfikowałem, aby zderzenie z rzeczywistością nie było tak dotkliwe.

I właśnie dokładnie tak nastawiłem się do pierwszego razu w Ferrari F430. Czego bowiem spodziewać się po czymś, co jest tylko samochodem? Pomimo entuzjastycznych recenzji i natchnionej stylistyki to ciągle suma blach, karbonu, spawów i śrubek.

Wrażenie to trwało mniej więcej do momentu, kiedy pierwszy raz uruchomiłem silnik. Wróć… Kiedy go obudziłem. Wstał bardzo poddenerwowany, wydając ryk szturchniętego ostrym kijem afrykańskiego kota. Z początku zdezorientowany, zatrząsł się cały i wypluł przez wydech kropelki niedopalonej benzyny. W geście protestu wydał z siebie zapach etyliny przemieszany ze spalinami. Coś, przy czym ekolog traci oddech i umiera w konwulsjach. Jest w nim coś tak pierwotnego i dzikiego, że spokojnie widziałbym go w następnym sezonie „Man vs wild” Beara Gryllsa.

Jak przystało na Włocha, nie jest w niczym stały – potrafi falować na obrotach, zgrzytnąć dyfrem, zablokować na moment mechanizm zmiany zamykania dachu lub bez powodu wyświetlić błąd na desce rozdzielczej, by po chwili go zgasić. Nie jest „tylko maszyną” jak 911 czy GT-R, nie jest nieomylny i zawsze bezwzględnie skuteczny – jest nieprzewidywalny, porywczy, zaskakujący i bardzo, ale to bardzo lubi zwracać na siebie uwagę. Jest taki… zwierzęcy.

Ale nic, absolutnie nic, co wiąże się z F430, nie jest tak porywające i zapadające w pamięci jak dźwięk wydobywający się z czterech końcówek układu wydechowego. Jeździłem wieloma supersamochodami, ale czegoś tak przeszywającego – donośnego i melodycznego zarazem – nie słyszałem nigdy. To dźwięk furii modulowany przez zmienne fazy rozrządu fantastycznego 4.3 V8, z którego inżynierowie z Maranello wycisnęli 114 KM z litra. Gdy wciskasz gaz w podłogę, wszystko dookoła przestaje się liczyć; powyżej 5 tysięcy obrotów słyszą cię nawet pensjonariusze zakładu dla głuchoniemych na drugim końcu miasta. Posłuchaj uważnie, a raczej – wczuj się w to, a usłyszysz pasję konstruktorów, ponad 60-letnią tradycję marki i jej wyścigowy rodowód najczystszej krwi. Uwielbiam to uczucie, kiedy mózg montuje odczucia kinetyczne błędnika z efektami dźwiękowymi, kiedy przyrost momentu obrotowego o każde 10 Nm odczuwasz wraz z wkręcaniem się silnika na coraz wyższe obroty, a całości towarzyszy ten mechaniczny akompaniament. To chwile, które nadają życiu smaku, a wykastrowany przez pseudoekologów świat motoryzacji na nowo nabiera rumieńców.

Wiecie co? Chyba wiem z czym mi się to kojarzy…

Tomek / Klubowicz Supercar Club Poland