Motokryzja

Motokryzja

Kamil Dłutko / Prezes Supercar Club Poland

O motokryzji, czyli motoryzacyjnej hipokryzji i kryzysie zachodniej cywilizacji w rozmowie z Kamilem Dłutko, Prezesem Supercar Club Poland, dla portalu Natemat.pl.

Czym dla pana jest przyjemność z jazdy samochodem?

Satysfakcją z panowania nad autem. Czynienia go posłusznym, gdy prowadzę czysto, pewnie i sprawiam, że reaguje, jak chcę. Gdy dobrze dobieram przyspieszenia, hamowania i skręty, płynnie podążam za drogą i czuję, że samochód idealnie się na niej układa. Niemal jakbym płynął. Do tego fizyczna przyjemność gry przeciążeń – wciskanie w fotel na prostej, ciężkość głowy przy hamowaniach, opór kierownicy w zakrętach.

Przyjemna jazda musi być szybka?

Musi być dynamiczna – jak jazda konna, na nartach czy rowerze. Niekoniecznie z wysoką prędkością, ale musi dać czuć kinetykę prowadzonego auta, pracę silnika, zawieszenia, hamulców. Toczenie się samochodem nie daje przyjemności, podobnie jak zsuwanie się na nartach. Musi pozwalać kierowcy zrastać się z maszyną w całość – tak jak chleb i ser dopiero powyżej pewnej temperatury stopią się w tosta.

Różnica jest głównie taka, że na narty wybieramy się dla przyjemności, a samochodem zwykle jeździmy, by gdzieś dotrzeć.

Jazda samochodem dla przyjemności to taka sama jazda jak na nartach – sama w sobie jest celem. Nie jadę gdzieś ani po coś, lecz wyłącznie dla radości prowadzenia. To relaks, ale i rozwój umiejętności, bo taka jazda kształci. Czasem dla przyjemności wyjeżdżam nocą na kilka zakrętów koło domu; zdarza się, że przejeżdżam kilkaset kilometrów, by pojeździć po krętych górskich drogach. Jako Klub organizujemy tygodniowe wyprawy, podczas których pokonujemy parę tysięcy kilometrów na terenie kilku państw – od jednej ciekawej drogi do drugiej. Potrafimy przejeżdżać alpejskie przełęcze, by zawrócić i przejechać je ponownie. Wszystko dla przyjemności jazdy – jednej z największych, jakich może zaznać wolny człowiek.

W Polsce można tak jeździć?

W sensie „da się” – tak. Natomiast w sensie „wolno” – nie. Współczesne społeczeństwo charakteryzuje się ogromną motokryzją.

Motokryzją?

Motoryzacyjną hipokryzją – rozbieżnością między słowami a czynami. Ma ona dwa oblicza. Produktowe – samochody są coraz szybsze, ale coraz bardziej utrudnia się korzystanie z ich możliwości, podsuwa się pokusę, a zniechęca słowem. Społeczną – wszyscy „oficjalnie” jeżdżą powoli i krytykują czerpanie przyjemności z jazdy, ale „prywatnie” uwielbiają jeździć szybko. W efekcie jazda dla przyjemności schodzi do podziemia. Zaczyna być traktowana niemal jak przestępstwo, bo uchodzi za ryzykowną i nieekologiczną. Jako społeczeństwo zapętlamy się w sprzecznościach, podobnie jak w wielu innych obszarach życia, nie widząc, że to nas zabija bardziej niż ryzyko, którego chcemy uniknąć.

W czym upatruje pan przyczyny takiej sytuacji?

W kryzysie zachodniej cywilizacji, która jest w ostatniej fazie upadku i sama się niszczy rozmaitymi wynaturzeniami, podobnie jak każda ginąca cywilizacja na przestrzeni wieków. My oszaleliśmy m.in. na punkcie bezpieczeństwa – chcemy eliminować wszelkie ryzyko. Także za najwyższą cenę – rezygnacji z wolności. Ryzyko natomiast od zawsze jest paliwem rozwoju, motywatorem do działania. Jego eliminacja prowadzi do stagnacji, a ta do degeneracji. Degenerujące się cywilizacje są wypierane przez nowe, głodne, nie bojące się ryzyka i przez to szybko się rozwijające.

Nie sądzi Pan, że w tym przypadku raczej troszczymy się o innych? Gdyby ktoś był zagrożeniem tylko dla siebie, wtedy droga wolna.

Gdyby tak było, oceniano by jazdę w kontekście ryzyka. W pustych i bezpiecznych miejscach szybka jazda byłaby akceptowana. Rozróżniano by jazdę dobrą od złej. W rzeczywistości potępia się ją zawsze, wszędzie i w każdej postaci. Kontrole prędkości prowadzone są w bezpiecznych miejscach, w których jeździ się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, a nie administracyjnymi wytycznymi. Nie chodzi o bezpieczeństwo, ale o kasę.

Kamil Dłutko / Prezes Supercar Club Poland

Sugeruje pan, że ograniczenia prędkości są zbędne?

Część jest potrzebna. Wiele zbędnych. Dzięki nim, gdy chce się psa uderzyć, kij się zawsze znajdzie. Niemal przestały istnieć drogi bez ograniczeń. Co ciekawe, te które pozostały, np. w Niemczech czy na wyspie Man, mają się świetnie i udowadniają, że wcale nie są niebezpieczne. W naszym Klubie często wybieramy się w takie miejsca, by o właściwej porze i zgodnie z zasadami sztuki czerpać przyjemność z jazdy. I nie chodzi o brawurę, ale o sztukę prowadzenia samochodu, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była ceniona na równi z umiejętnością gry na instrumencie czy kunsztem aktorskim, a kierowcy-dżentelmeni rozgrywali wyścigi w ruchu drogowym. 

Jakie są te zasady sztuki szybkiej jazdy?

Zgodne ze zdrowym rozsądkiem i minimalizujące ryzyko. Przygotowanie siebie i auta. Wybór właściwej drogi i jej poznanie. Sprawdzenie jej przed samą jazdą. Podczas jazdy zachowywanie pełnej kontroli, czyli utrzymywanie się w rozsądnym marginesie względem swoich możliwości. Dokładnie to mówią od lat mistrzowie kierownicy – niegdyś Sobiesław Zasada w „Szybkości bezpiecznej”, dziś Krzysztof Hołowczyc w „Szybkim kierowcy”.

A właściwa pora?

Dla każdego miejsca inna. Często noc lub godziny świtu; ale na Południu np. pora siesty

Nad ranem ludzie też jeżdżą, zawsze można na kogoś trafić.

Podobnie na pustyni – też można się zderzyć z kimś zza wydmy. Uzasadnienie da się dorobić do wszystkiego. Takie myślenie jest wynikiem propagandy, która ma uzasadniać coraz agresywniejsze pozyskiwanie wpływów budżetowych od kierowców. Chcąc coraz intensywniej nas grabić, trzeba ograniczać nam wolność i wytworzyć przekonanie, że służy to wyższym celom. Jednocześnie wpoić w nas poczucie winy, które osłabi protesty przed grabieżą.

Ale przecież każdy się zgodzi, że lepiej jeździć wolno i bezpiecznie niż szybko i agresywnie.

Lepiej jeździć dobrze niż źle. Szybkość jest wtórna. Nawet pan wrzuca do jednego worka szybko i agresywnie, podczas gdy szybka jazda może i powinna być nieagresywna. Najszybsi kierowcy jeżdżą zupełnie nieagresywnie, bardzo płynnie. Nie można ulegać złudzeniu, że wolniej to bezpieczniej. Kierując się taką logiką, należałoby w ogóle nie ruszać. Jeśli już się na to decydujemy, podejmujemy ryzyko, a prędkość musimy dobierać do uwarunkowań, szczególnie do własnych umiejętności.

Nie chce pan chyba powiedzieć, że dobry kierowca powinien mieć przyzwolenie na więcej…

Przecież to naturalne – w każdej dziedzinie lepszy może więcej. Jeden pluska się na strzeżonym kąpielisku, inny przepływa całe jezioro. Ograniczymy go „tylko do żółtej boi”? Nie tak dawno było to powszechnie rozumiane. Dobremu kierowcy pozwalało się na więcej, wręcz podziwiało za umiejętności. Oczywiście, jeśli wyrządził komuś szkodę, odpowiadał jak wszyscy, wręcz bardziej rygorystycznie – skoro więcej ryzykował, to ponosił większą odpowiedzialność. To właściwe rozumienie ryzyka. Dziś wydaje nam się, że ryzyko można wyeliminować. Ale nie można i efekty widać na co dzień i w statystykach – jeździmy coraz gorzej.

Ale i aut jest coraz więcej i to chyba jest przyczyną statystyk.

Przyczyną jest motokryzja. W każdym obszarze ruchu drogowego. System szkolenia kierowców jest skrajną hipokryzją – przygotowuje do zdania abstrakcyjnego egzaminu, nie do jazdy. Auto z jazdą egzaminacyjną tamuje ruch w mieście, a przecież zaraz po zdaniu egzaminu ten kierowca ma być na równych prawach w tym ruchu. Wszyscy jednak udają, że tak ma być. Młodzi kierowcy nie mają gdzie ćwiczyć – w Polsce nie ma do tego żadnej infrastruktury. Mimo to, gdy próbują na miarę możliwości – np. nocą na pustych placach – są karani za stwarzanie „niebezpieczeństwa”. Jakie niebezpieczeństwo stwarza samochód ćwiczący na pustym parkingu nocą? W młodości dostałem w takiej sytuacji mandat za „skręt bez migacza”… Propaganda pompuje – jeździć wolniej. W efekcie kierowcy nigdy nie zdobywają umiejętności lub tracą zdobyte i mimo wolnej jazdy powodują coraz więcej zagrożeń. Drogi stają się niewydolne. W samochodach przybywa urządzeń rozpraszających uwagę kierowcy. Spirala się nakręca i sami się pogrążamy. Nikt nie chce zrozumieć, że skoro takie działania stale pogarszają sytuację, to ich nasilanie będzie ją pogarszać coraz szybciej. Chcemy się leczyć zwiększając dawkę trucizny.

Uważa się pan za dobrego kierowcę?

Moje uważanie nie ma znaczenia – jakość prowadzenia się mierzy. Dzięki obiektywnym pomiarom mam dokładny obraz swoich umiejętności na tle innych, także mistrzów, takich jak Hołek – założyciel naszego Klubu. Wiem, o ile lepiej jeżdżę od przeciętnego kierowcy, ale również ile mi brakuje do najlepszych. Z naszymi Klubowiczami często trenujemy i widzimy, jakie to daje postępy i jak zwiększa kontrolę. I w drugą stronę – jak bezradny w szybkiej jeździe jest kierowca, który jej nie ćwiczy.

Kamil Dłutko / Prezes Supercar Club Poland

Mimo to wielu kierowców jeździ szybko na co dzień.

I to jest głupotą. Prowadzenie samochodu to umiejętność jak każda inna i wymaga specjalistycznego treningu. Codzienna jazda nim nie jest. Trenuje się w warunkach treningowych: na torach, zamkniętych odcinkach i pustych bocznych drogach. Przerabiałem to setki razy – ludzie, którzy na zatłoczonych trasach wyprzedzają wszystkich i biją rekordy przejazdu z miasta X do miasta Y, na torze okazują się bezradni. Pierwszy poślizg wyrywa kierownicę z rąk, paraliżuje i z tępo wciśniętym hamulcem lądują na poboczu. Tylko regularne ćwiczenia eliminują złe nawyki, następnie wyrabiają dobre, oswajają z fizyką dynamicznej jazdy i sytuacjami ekstremalnymi. Dopiero tak uformowany kierowca ma przepustkę do szybkiej jazdy. Ale nie działa ona zawsze – świadomy kierowca musi wybierać czas i miejsce.

Spotyka się pan z akceptacją szybkiej jazdy?

Publicznej akceptacji w ogóle nie ma – oficjalnie każdy jest przeciw i moralizuje. Za to prywatnie… Wszystko się zmienia. Gdy ktoś na co dzień prawiący kazania o niebezpieczeństwach szybkiej jazdy zostaje zaproszony na przejażdżkę np. Ferrari, natychmiast zmienia światopogląd i oczekuje popisów na szosie. Czasem się tym bawię – zabieram drogowego moralizatora jako pasażera w supersamochodzie i jadę powoli. Najdalej po minucie pada sakramentalne: „chyba tak się nie będziemy wlec”? Wtedy przytaczam typowe argumenty motokrytów i zawsze słyszę „ale przecież nie takim autem”. Gdy wciskam gaz, pasażerowie są zachwyceni. Krzyczą, śmieją się, klaszczą. Po wyjściu z auta dziękują za przygodę życia. Co ciekawe, ci sami ludzie, widząc z zewnątrz szybko jadące Ferrari, natychmiast piętnują „drogowego pirata”, nazywają go dorobkiewiczem i facetem z małym przyrodzeniem. Punkt widzenia motokryty zależy literalnie od punktu siedzenia.

W takim razie ta akceptacja istnieje. Potrzeba tylko szybkiego samochodu, w którym możemy zasiąść.

Otóż to. Akceptujemy to, ba – wychwalamy, gdy sami przeżywamy emocje szybkiej jazdy. Natomiast gdy dotyczą kogoś innego, panuje całkowite potępienie.

Czyli receptą jest drogie sportowe auto.

Absolutnie nie! Nie ważne, czym jeździsz, ale jak tym jeździsz. Liczą się umiejętności, nie sprzęt. Mam mnóstwo frajdy z szybkiej jazdy dwudziestoletnią Mazdą MX-5, która kosztuje tyle co rower i ma mniej koni niż byle dzisiejszy diesel.

W Klubowym garażu macie jednak tylko supersportowe auta.

W większości, ale nie tylko. Jedynym kryterium doboru aut jest przyjemności z jazdy nimi, stąd obok auta za milion złotych i mającego pod 600 KM stoi takie za kilkadziesiąt tysięcy z połową tej mocy. I szczerze, mam problem z wskazaniem, które daje większą frajdę.

Na polskich drogach można wykorzystać 600 KM?

Każdą moc można wykorzystać, jeśli  się potrafi. Dla kiepskiego kierowcy 100 KM może być nie do opanowania. Dobry kierowca jeździ bezpieczniej mając zapas osiągów, bo korzysta z nich w miarę potrzeb.

Mocniejszym samochodem jeździ się bezpieczniej? Zwykle uważa się odwrotnie.

Bezpieczeństwo zależy od kierowcy, nie samochodu. W Klubie mamy kilkanaście aut, o średniej mocy ok. 450 KM i większość z nich jest bardzo wymagająca w prowadzeniu. Pokonują rocznie po kilkanaście tysięcy km, czyli przez dwa lata nasza flota przejechała kilkaset tysięcy km. W tym czasie mieliśmy jedną małą stłuczkę. Ale gdy ta stłuczka już się zdarzyła, obiegła natychmiast media – wielka sensacja, że ktoś uszkodził drogie auto. Czytanie plotek i komentarzy było przezabawne, zawiść i żółć lały się wiadrami. Nikt nie wiedział, jak było naprawdę, ale każdy zza komputera ocenił jednoznacznie – winny jest kierowca sportowego auta. Dodatkowo nie tylko winny, ale do tego chamski, próżny, zły i w ogóle należy mu odebrać prawo jazdy. A życie jak zwykle wyglądało inaczej.

To raczej kwestia zawistnego podejścia do osób, którym „się udało”.

Owszem, również. Jednak w przypadku motoryzacji mamy do czynienia z wyjątkowo silnym syndromem psa ogrodnika, połączonym z propagandowym wypraniem mózgów, o którym już mówiłem.

Nasze podejście do szybkiej jazdy może się jeszcze zmienić?

Zmieni się niewątpliwie. Będzie się pogarszać.