Perpetuum mobile

Perpetuum mobile

Kinetyka Tesli wykrada się zwyczajowemu określeniu „szybkiego samochodu”

Uwielbiam uczucie przełamywania bezwładności masy przez moc silnika. Mały wysokoobrotowiec, doładowana dwulitrówka, duży dwunastocylindrowiec – co silnik, to inny sposób na przyspieszanie. Raz płynnie, raz brutalnie, raz stopniowo ze skokowym narastaniem napięcia. Zawsze jednak to samo wrażenie – im więcej obrotów, tym więcej emocji. Narastanie dźwięku, zmiana biegu i znowu to samo. Przyjemność, której mogę się oddawać godzinami bez konkretnego celu.

Przypadła mi do gustu wiertarkowatość F430, brutalność Gallardo, odrzutowość 911 Turbo i monumentalność GT-Ra. Polubiłem elastyczność Corvetty i zakochałem się w bezpośredniości R8. Każdy inny, niepowtarzalny, nie pozbawiony wad. Aż przyszła ona – nie do końca poważna, praktycznie irracjonalna, teoretycznie pozbawiona przymiotów fajnego samochodu. Tesla.

Nie do końca wiem, jak działa, kto wpadł na pomysł jej stworzenia, nie znam nawet czasów przyspieszeń, ale to, co się dzieje za kierownicą tego auta, jest przerażająco nienormalne. Kinetyka Tesli wykrada się zwyczajowemu określeniu „szybkiego samochodu”, nie przypomina niczego, czym do tej pory jeździłem. Nie przypomina nawet samochodu… Przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Przed pierwszą przejażdżką czytałem o niej w prasie motoryzacyjnej, potem pierwsze ustne relacje w Klubie, że szybka, że nietypowa. Ale dopóki nie usiadłem za kierownicą i wcisnąłem prawy pedał (bo przecież nie gazu…), nic nie było w stanie przygotować mnie na te doznania.

Przyspieszenie Tesli najlepiej charakteryzują dwa słowa: bezkresność i cyfrowość. Bezkresność, bo niezależnie od obrotów cały czas ciągnie tak samo, tak samo intensywnie i w żadnym zakresie nie traci momentu – na dole i u góry. Silnik spalinowy żyje, na początku zbiera siły, aby wybuchnąć wulkanem energii i na koniec przekracza poziom, powyżej którego traci wigor. Elektryczny silnik w Tesli bardziej przypomina odkurzacz niż jednostkę napędową supersamochodu. Nawet brzmi podobnie… Stąd cyfrowość.

Szczerze, nie wiem, co sądzić o tym aucie. Jest horrendalnie szybkie, zawsze gotowe do wyciśnięcia z siebie więcej niż inne supersamochody, ale nie budzi we mnie takich emocji jak benzynowce. Dla mnie jest maszyną perfekcyjną, wręcz syntetyczną, a supersamochód nigdy nią nie jest. Fascynuje mnie jednak z jednego powodu. Kiedyś jako dzieciak zastanawiałem się, do jakiej najwyższej „jakości” przyspieszeń dojdzie motoryzacja w toku ewolucji samochodów. Teraz już wiem. Osiągnęła ją Tesla. Przyspiesza absolutnie. W jej przyspieszaniu nie da się niczego poprawić.

Tomek / Klubowicz Supercar Club Poland