Supermodel

Supermodel

http://blog.supercarclub.pl/wp-content/uploads/2011/06/ferrari_supermodel1.jpg

Od zawsze fascynowała mnie włoska motoryzacja. Moim pierwszym autem była Alfa Romeo; drugim, trzecim, czwartym i piątym także. Moje największe życiowe marzenie miało konkretną nazwę – Ferrari. Zmaterializowana doskonałość, wcielenie ideału. Przez długie lata zadawałem sobie pytanie – jak to jest, jeździć Ferrari… Wyobrażałem sobie perfekcyjną maszynę, z którą można wejść w głęboką interakcję niczym ze szlachetnym zwierzęciem, telepatycznie wykonującym wszystkie polecenia. Snułem niekończące się rozważania o tym, jak idealnie musi wszystko pracować, brzmieć, dawać się obsługiwać. Z czasem stworzyłem w wyobraźni obiekt tak wyidealizowany, że nierealny.

Gdy nadszedł ten dzień i po raz pierwszy zasiadłem za kierownicą Ferrari F430, doznałem szoku – było znacznie lepiej niż sobie wyobrażałem. Ogarnęła mnie ekstaza – absolutne przeładowanie zmysłów wrażeniami. Ten wygląd, ta precyzja, siła, elegancja i przede wszystkim – ten dźwięk. W odróżnieniu od większości sportowych aut – w ogóle nie basowy, ale wysokotonowy, ostry jak szczekanie mastino neapolitano. Jedyna w swoim rodzaju czułość i szybkość reakcji na skręt i gaz. Większość skrętów pokonywana ledwie lekkim drgnięciem nadgarstków. Każdy milimetr wciśnięcia prawego pedału to kilka obrotów więcej i kilka niutonów więcej na tylnych kołach. Perfekcyjna kontrola. Gdyby nie koniec paliwa, nic nie zmusiłoby mnie do zatrzymania się. Gdy wysiadłem na stacji i raz jeszcze spojrzałem na te seksowne czerwone kształty, wiedziałem, że już nie ma odwrotu – zakochałem się.

Potem były następne razy i z każdym kolejnym coraz głębiej zatracałem się w miłości do tego auta. Byłem jak zahipnotyzowany – myślałem tylko o kolejnym spotkaniu i o tym, co będziemy razem robić. Znalazłem swój ideał. Byłem szczęśliwy.

Chciałem się dzielić tą radością z całym światem – niech każdy zobaczy, jakim jestem szczęściarzem! Z czasem jednak zacząłem obserwować dziwny symptom – wybierałem późne pory i ustronne miejsca, najlepiej byśmy byli całkiem sami. Dopiero po kilku kolejnych spotkaniach dotarło do mnie dlaczego – przebywanie z F430 w miejscach publicznych to udręka. Każdy, ale absolutnie każdy się patrzy. Gapi. Wrażenie jak z randkowania z supermodelką. Wchodzicie do knajpy i zapada niezręczna cisza; zamierają wszystkie rozmowy, część facetów wylewa sobie piwo na spodnie a kobiety nerwowo poprawiają włosy.  Wszyscy jak zahipnotyzowani gapią się na jej nogi i kilkukrotnie taksują całą figurę z dołu w górę i z góry na dół. A potem patrzą na ciebie i ich maślane oczy zaczynają się przepełniać nienawiścią – co to za frajer przyszedł z taką laską. Możesz to zlewać, ale nic nie poradzisz, nie jesteś anonimowy – przeciwnie, jesteś w centrum uwagi. Chcesz tylko zjeść kolacje i pogadać a lądujesz na portalach plotkarskich. Gdy siedzisz na ławce w parku, zamiast śpiewu ptaków słyszysz pstrykanie aparatów. Przez weekend lub dwa może to być nawet fajne, ale z czasem dochodzisz do wniosku, że nie potrafisz z tym żyć na co dzień, jeśli sam nie jesteś gwiazdą. A do tego te jej wymagania i fochy – tu nie pójdzie, tego nie zje, w to się nie ubierze. Szkoda, że nie można się z nią spotykać tylko w kilka weekendów w roku, gdy masz tę stuprocentową chęć życia na najwyższych obrotach… A na co dzień być szczęśliwym z mniej wystrzałową, ale bardziej wyczuloną na twoje potrzeby… Na szczęście z Ferrari można.

http://blog.supercarclub.pl/wp-content/uploads/2011/06/Supermodel.jpg

Kamil / Supercar Club Poland